„Stara Wołówka”

"Stara Wołówka" była wąską uliczką między Świętojerską a Franciszkańską. Naprawdę nazywała się Wałowa; ludzie mówili na nią "stara", żeby odróżnić ją od nowego bazaru w okolicach ulicy Stawki, który też nazywał się "Wołówka".

Na Wałowej handlowano rozmaitymi ubraniami – od jedwabnych żupic dla chasydów po krótkie kapoty dla misnagdów1, od ubrań roboczych dla hutników czy szoferów po fraki "à la Paris". Jeśli ktoś potrzebował historycznego kostiumu, można go było dostać na Wałowej. W oknach ustawiano jako reklamy manekiny w strojach z różnych epok, które straszyły swoim woskowożółtym odcieniem. Wyglądały jak trupy dopiero co wyciągnięte z grobów, przyciągały jednak strojami przypominającymi czasy Matuzalema.

Niewiele młodszy od samych strojów musiał być kurz na szybach, których nikt nigdy nie mył. Trzeba było mocno wytężyć wzrok by dojrzeć, co takiego stoi w oknie wystawowym.

Los człowieka, który znalazł się na Wałowej, był nie do pozazdroszczenia. Przed każdym sklepem stali pracownicy, którzy mieli za zadanie naganiać klientów. I rzeczywiście, dosłownie ich "przyprowadzali".

Nie pomagały zapewnienia, że jest się tylko przypadkowym przechodniem. Siłą zaciągano do sklepów. Właściwie niczego od was nie chcieli, nie trzeba było niczego kupić.

– Niech mnie choroba weźmie – zaklinał się sprzedawca – jeśli chciałbym, żebyście coś kupili.

Spójrzcie tylko i powiedzcie sami, czy znajdziecie gdzie indziej tak ładną kapotkę dla siebie, ubranko dla waszego synka, sukienkę dla żony?

Zwracali się do klientów familiarnie, nazywali "kuzynami". Jako dziecko dziwiłem się, że wszyscy mówili do mojego ojca "kuzynie". Nie spodziewałem się, że mamy aż tak liczną rodzinę.

– Kuzynie, do mnie – jeden ciągnie za rękę. – Kuzynie, do mnie – drugi ciągnie za poły.

Człowiek sam nie mógł zdecydować, dokąd wejść. Ruszano z tym sprzedawcą, któremu udało się wydrzeć klienta innym.

W sklepach panował półmrok. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do światła, zauważano innych kupujących: Żyda, polskiego chłopa albo studenta przymierzającego parę spodni, marynarkę. Wokół klienta krzątało się kilku sprzedawców, którzy zapewniali, że wszystko leży, jak ulał. Na wszelki wypadek podawali kupującemu lusterko ze startą zupełnie farbą, w którym nie sposób było nic zobaczyć.

– Gdzie się podział ten wieśniak? Przed chwilą tu był! – rozlegał się od czasu do czasu okrzyk po polsku, w czasie gdy chłop przymierzał kaftan – Gdzież on jest, ten burak?!

– Cicho! – odpowiadał mu drugi sprzedawca i dodawał teatralnym szeptem, jakby wyjawiał wielką tajemnicę – On przecież tu stoi, jeszcze się obrazi.

– A idźże! – wykłócał się pierwszy. – To przecież jest wielki pan, nie żaden chłop!

A chłop uśmiechał się pod wąsem zadowolony, że biorą go za szlachcica, i nie chciał już zdjąć kaftana.

Czasem sprzedawcy wkładali do kieszeni kilka groszy. Podczas przymiarki prosili chłopa, by włożył ękę do kieszeni, sprawdził, czy nie uciska. Kiedy chłop poczuł pieniądze, za żadne skarby nie chciał ż innego ubrania. Uważał, żeby, nie podmienić, broń Boże, przymierzonej rzeczy i zaraz kazał pakować.

Ubrania zawsze pasowały. Jeśli były za szerokie, sprzedawca przyszczypywał je ręką z tyłu. Jeśli za krótkie, ściągał w dół albo kazał się pochylić i sprawdzić dokąd sięga, a wtedy zdawało się nawet, że są ciut za długie.

Kiedy szło się na Wałową, należało wyrzucić ołówek i całą wiedzę arytmetyczną. Za nic nie dało się obliczyć, jak kupiec może sprzedawać tak tanio. Jeśli pomnożyło się cenę materiału przez ilość potrzebną na uszycie danego ubrania i dorzuciło się jeszcze trochę za robociznę, nic się nie zgadzało. Czasem nie starczało nawet na sam materiał . Sprzedawca zapewniał, że dokłada do każdego ubrania. Jeśli go jednak spytać, dlaczego handluje, spojrzy ze zdumieniem i odpowie: "Za coś przecież trzeba żyć!". Wychodząc z nowo zakupionym ubraniem człowiek czuje się oszukany. Nie do końca wiadomo dlaczego, w końcu kupiło się tanio, a jednak…

Sprzedawca wcale nie oszukiwał.

Wraz z rodziną mieszkał w małej izbie (w suterenie albo na poddaszu), w jednym z podwórek na Wałowej. W izbie stały łóżka i maszyny do szycia. Cała rodzina siedziała na łóżkach i szyła, pracowali od rana do nocy. Nie wyrzucali ani skrawka, wykorzystywali wszystko. Jedzenie? W żołądku jest ciemno, nie widać, co się tam włoży. Wystarczy "byle co".

Wałowa stała się więc konkurencją dla polskich kupców, którzy chcieli bogacić się i dużo zarabiać.

Dlatego podburzali ludzi przeciwko Żydom i wołali: "Swój do swego po swoje". Na nic się to zdało, Wałowa nadal ubierała całą biedotę, i żydowską, i polską.

Źródło: Source Jidisz-Warsze, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1954, s. 55-58. spacerTłum. Aleksandra Geller

1 Misnaged (hebr./jid.) – przeciwnik chasydyzmu.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 60 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3668409
UA-28053597-1