Wesele na dworze aleksandrowskim

Pierwszym dla mojego ojca radosnym momentem od tamtych dawno minionych, a niezapomnianych dni szczęsnej młodości w Radomsku było wżenienie się jego najstarszego syna w dynastię aleksandrowską. Ślub z wielką fetą i na wielką skalę, wyprawiony z wielką paradą – w jawnym kontraście do ascetycznej tradycji dynastii wareckiej.

Całymi tygodniami przed ślubem mrowili się w naszym domu ludzie: kucharze, kucharki, piekarze, serwanci, pomocnice i stałe bywalczynie, sąsiadki i przygodne kobiety – wszystko gładko i z powagą uwijało się wokół tej pierwszej większej uroczystości rodzinnej w otwockim dworze. Wszystkie pokoje, werandy, balkony, sienie – wszystko było po brzegi zastawione workami mąki, skrzyniami cukru, koszami jajek, blokami masła, skrzynkami migdałów, rodzynek, słodkości wszelkiego rodzaju i najróżniejszymi owocami, kandyzowanymi i świeżymi – do zabrania do Aleksandrowa [Łódzkiego] na wesele i siedem ślubnych dni.

Osobliwie radośnie, ale i z powagą w tygodniu poprzedzającym wesele wyprawiano „ucztę biedaków” dla wszystkich nędzarzy miejscowych i okolicznych. Ojciec mój osobiście zajął się przygotowaniami do tej uczty, dając baczenie, by na długich, solidnych stołach, w kształt litery „chet” (od symbolu חי, oznaczającego trwanie narodu żydowskiego) ustawionych, rozściełano nowe, białe obrusy, we wszystkich lichtarzach srebrnych i kandelabrach zapalono świece, a wina na stołach pod dostatkiem – w osobnych pomieszczeniach nakrytych dla mężczyzn i dla kobiet. „Nie, aby zbyć” – domagał się, każąc nam założyć stroje odświętne i siąść razem z nędzarkami. On sam z panem młodym zasiadł u szczytu stołu, pauperami otoczony, i długie godziny odprawiał „tisz”, z jadłem i napojami w najlepszym gatunku. Po skończonej uczcie pan młody pieniądze rozdawał i puścił się w chasydzkie tany.

W całkowicie odmiennej, gorączkowej atmosferze poruszały się w tamtych radosnych dniach nasze krewniaczki: w atmosferze fastrygowania, szycia, modelowania. Oto pożądanie strojów pięknych objawiło się z całą siłą, widocznie jako reakcja na ascetyczny styl życia na dworze reb Symchy-Bunema.

Miesiącami ciągnęły nasze babskie procesje z dworu cadykowego do najmodniejszych i najelegantszych salonów krawieckich w stolicy – po suknie na ślub, na po ślubie i na siedem dni ślubnych – dla babci, dla naszej macochy, dla wszystkich cioć, kuzynek, panien na wydaniu i dla całej młódzi – z jedwabiu, aksamitu, tiulu, wełny, i z najlepszych gatunkowo, najdroższych materiałów. Wszystko to odbywało się pod przywództwem babci Gołdy, jednej z najwybitniejszych znawczyń zasad mody kobiecej.

Ta kobieca aktywność wiązała się z wieloma komicznymi zdarzeniami. Nasza główna krawcowa, pani Keler z Twardej ulicy, znana była ze swej niepunktualności – cechy, która zatruwała życie jej klientkom. W swojej długoletniej działalności krawieckiej pani Keler nigdy nie zdołała wykonać zamówienia w terminie. Istotnie więc w jej pracowni często dochodziło do przepychanek i skandali. Panny młode dostawały spazmów, teściowe mdlały, płakały, i czekały na swoje zamówione stroje. Pani Keler, która po prawdzie bardziej była artystką niż krawcową, w takich wypadkach zachowywała spokój i jakby to wcale nie chodziło o nią, po prostu mówiła w przestwór: „Nie zdążyłam”, swoje klientki wprawiając w osłupienie.

Kiedy data ślubu mojego brata zbliżała się, a żadna z sukien nie była jeszcze gotowa, babcię ogarnął paraliżujący strach i po długich naradach postanowiła, że pojedziemy wszystkie do Warszawy i od pani Keler nie wyjdziemy, póki nie skończy ona wszystkich naszych sukienek. I stało się tak – babcia, ciocia Cywia, moje kuzynki, panny na wydaniu i małe dziewczynki – wszystkieśmy pojechały do pani Keler, u niej całą noc przesiedziały, przymierzały, poprawiały i znów przymierzały całą tę nieprzebraną stertę ubrań – aż do białego rana.

Wraz z ostatnim gwizdem lokomotywy pociągu, który dla nas specjalnie został wynajęty z Warszawy do Łodzi, na trasie do Aleksandrowa, zdyszana, zasapana, nadjechała pani Keler dorożką wypakowaną wysokimi pudłami, kuframi, walizkami, tobołkami – ślubnymi strojami dla wszystkich domowników, torując sobie drogę w tłumie chasydów z butelkami wódki w rękach, którzy pociąg oblegali, pili „le-chajim”, cadykowi życzyli „mazl-tow”, i na peronie warszawskiego Dworca Wiedeńskiego chasydzkie tańce wyprawiali.

Kiedy ciemnowłosa, wysoka, zgrabna ciocia Cywia weszła do sali weselnej na aleksandrowskim dworze, wystrojona w atłasową suknię koloru cytrynowego, aksamitną nitką w błękitne kwiaty haftowaną i z długim trenem – tłum tłoczących się głowa przy głowie kobiet aż oniemiał z wrażenia. Zaraz jednak podniosło się w sali złowrogie szemranie: Co to za suknia? Artystce taka pasuje, nie wareckiego cadyka córce! Ojciec jeszcze ciepły w grobie, a ona co wyprawia!?

Pod naciskiem psioczących chasydów, a może ze strachu przed samym sobą, przed tą niewyobrażalną zmianą, jaka się po śmierci dziadka na jego dworze dokonała, ojciec na drugi dzień po ślubie brata mojego nakłonił swoją siostrę, żeby tę „suknię balową” odżałowała… I ciocia Cywia w swojej bezgranicznej miłości i czci dla brata, cadyka, uległa.

Długie lata ta suknia cytrynowa z wyhaftowanymi aksamitnymi kwiatami wisiała u cioci w szafie, w białe prześcieradło obleczona. Wiele lat później, kiedy sprawa „sukni balowej” poszła w zapomnienie, a ją samą zaproszono, żeby druhną była na ślubie córki wareckiego rabina, Zylbersztajna, ciocia podeszła do szafy, by założyć sukienkę. I ręce jej opadły. Białe prześcieradło oblekające suknię było ze wszystkich stron zaszyte, a – to był szabat.

Nigdy już ciocia Cywia tej sukienki nie założyła.

Ciocia Cywia była „doskonałą panią domu”, ubrania u niej zawsze lśniły czystością, a w bieliźniarce wszystko było ułożone jak na wystawie. Po praniu każdą rzecz osobno oglądała do słońca, czy plamki nie ma, a znalazłszy choćby najmniejszą skazę, do babci się zwracała, mówiąc do niej z troską w głosie: „Gdybym tylko umiała po polsku!”… Znaczyło to, że gdyby znała język polski, już by się rozmówiła z praczką, jak należy…

Ta praczka, dawniej szabes-gojka u babci w domu, dobrze wiedziała, co się święci, i chichocząc, szybko z izby wychodziła…

 

Żona mojego brata, Małka, to była prawdziwa piękność: wzrost średni, figura utoczona, jak niebo błękitne oczy wprawione w alabastrową twarzyczkę obramowaną burzą złotych loków.

Jako córka na aleksandrowskim dworze najbardziej udana bardzo zadzierała nosa, niezwykle dumna z siebie i ze swojego męża. Przez całe życie chlubiła się tym, że wyznawcy dynastii wareckiej uważali, iż mąż jej był wypisz wymaluj jak dziadek reb Symcha-Bunem – i z wyglądu, i z charakteru.

Matka mojej szwagierki, najstarsza siostra cadyka aleksandrowskiego (od tytułu swojej książki nazywanego „Jismach Israel”), Szewa „kozak”, jak ją nazywali, była na aleksandrowskim dworze główną zarządzającą, doradzała bratu, cadykowi, i jednocześnie kierowała swoją wielką fabryką trykotaży. Szewa „kozak” była w chasydzkim świecie postacią bardzo wtedy znaną. Z pańską dumą i wielką pewnością siebie opowiadała, jak to najwięksi fabrykanci branży tekstylnej i kupcy z głębi Rosji błagali ją, żeby im oddała córkę swoją, Małkę, za żonę, oferując za nią złote góry.

Brat mój i szwagierka po raz pierwszy zobaczyli się pod ślubnym baldachimem. Ale aż do śmierci stanowili najszczęśliwszą, najbardziej kochającą się parę.

Źródło: A rebisze hejm in amolikn pojln, wyd. I. L. Pereca, Tel-Aviv. Online: www.archive.org/details/nybc203204 wiki.jidysz.net/index.php?title=YL100220/yi 
Tłum. Anna Ciałowicz

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 38 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575599