Wigilia szabatu na bazarze: Nowolipie 35 – Leszno 40

Bazary to miejsca, gdzie w Warszawie można było zobaczyć żydowską biedę; szczególnie rzucała się ona w oczy na bazarach przy ulicach: Smoczej, Miłej, Stawki, Wołyńskiej. Najuboższy był jednak bazar przy Nowolipiu 35 [

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
]. Bazar przy Nowolipiu ciągnął się do Leszna pod numer 40 [ Drukuj
]. Handlujący, kobiety i mężczyźni, dzielili się na dwie grupy: biednych i bardzo biednych. Handlarze biedni zajmowali połowę bazaru od strony Leszna. Na kamiennym bruku rozścielano stare worki, na których można było znaleźć różne tanie artykuły, jak grzebienie, przyrządy do szycia, kolorowe tasiemki, lusterka dla dzieci i inne drobiazgi. Ci handlarze i handlarki jakoś tam zarabiali na skromne życie. Czasem rozgrywały się takie oto sceny: dziecko prosi mamę o cukierka, a ta odmawia, mówiąc, że trzeba dziękować Bogu, iż jest choć kawałek chleba – i ociera z oka łzy bezsilności. Najbiedniejsi zajmowali część bazaru od Nowolipia 35–37. Oferowany przez nich towar to były najtańsze owoce, warzywa i małe, pieczone „pilelech”, które jadali ubodzy. Sprzedającymi były starsze kobiety, wdowy lub żony bezrobotnych. Ich klientelę stanowili najbiedniejsi ludzie z całej dzielnicy. Nieraz zdarzało się, że bazar był zupełnie opustoszały. Nawet biedacy nie przychodzili, bo nie mieli na zakupy. Strach brał, gdy patrzyło się na twarze sprzedających. Widać było, że grunt usuwa im się spod nóg.

Nowolipie 35–37 to było targowisko biedoty. Nędza malowała się na twarzach i sprzedających, i kupujących. Na podstawie ubrania można było ocenić „zamożność” klientów. Sprzedający i kupujący zawsze byli wygłodniali, a ich dzieci niezdrowo blade. Jeszcze mocniejsze wrażenie robił ten widok w mroźne dni zimowe. Większość handlarek i handlarzy pogodziła się ze swoim losem, lecz jedna handlarka, niejaka Rejzla o przydomku „Krzykaczka”, nie chciała przyjąć do wiadomości, że musi być tak, jak jest. Przez cały dzień krzyczała: „Co to będzie?! Jak długo tak można?!”. W rozpaczy występowała przeciwko bogatym kobietom, które z ciężkimi od monet portmonetkami biegały na „tamte bazary” i nigdy nie zajrzały na ubogie targowisko, żeby wspomóc handlującą biedotę. Spoglądała wtedy na kosz jabłek, brała jedno do ręki i wykrzykiwała: „Jak to jabłko gnije w moim koszyku, niech tak zgnije serce naszych wrogów”. Krzyk Rejzli wystarczył za labiedzenie wszystkich pozostałych. Inni tylko mruczeli pod nosem lub cicho wzdychali: „Oj!”. A jeszcze inni skarżyli się, skąd wezmą pieniądze, żeby zwrócić je Szlomie Wajntraubowi, dobroczyńcy bazaru, członkowi bractwa dobroczynnego (gemilut-chesed). Ze słowami pociechy spieszył sam Wajntraub: „Nie martwcie się! Niech stary dług zostanie, a wy jutro po południu przyjdźcie do biura, to dostaniecie kolejną zapomogę. Z bożą pomocą ten tydzień powinien być lepszy. Zarobek będzie większy, to spłacicie oba długi: stary i nowy”. Powtarzało się to niemal w każdy piątek. Dla zatroskanych handlarzy Szloma Wajntraub i jego żona Dobcia mieli tylko jedne słowa pocieszenia: „Przyjdzie ukochany piątek i zarobek będzie tak duży, że wystarczy na cały tydzień”.

„Niech już przyjdzie kochany piątek” – powtarzali handlarze i handlarki. Piątek wynagrodzi śmieszne zarobki w ciągu tygodnia; piątek to zapowiedź szabatu, kiedy będzie można usiąść z dziećmi przy stole i wyprostować sterane całotygodniową harówką kości. Posiłek zwykle był skromny, ale świąteczna atmosfera działała kojąco na duszę.

W przedświąteczny dzień bazar ożywał. Ludzie brali oszczędności z całego tygodnia, żeby coś kupić, by godnie uczcić szabat. Niełatwo było przygotować wszystko na święto; trzeba dobrze główkować, jak najlepiej wydać oszczędności. Widywało się kobiety i mężczyzn o pochmurnych obliczach, którzy wciąż przeliczali drobniaki: „Co najpierw?”. Nie było to łatwe zadanie, a handlarze wykrzykiwali i pieklili się do tego. Wrzaski rozchodziły się po całym bazarze. „Czego pan stoisz? Dzień zaraz się skończy!”. Najgłośniej krzyczała Rejzla: „Może łaskawej pani jeszcze zanieść do domu, ugotować i podać do stołu?!”.

Prawdziwą żydowską biedę było widać dopiero w piątek po południu. Przy wejściu stoi dwóch młodych ludzi i prosi o jałmużnę: nie mają na szabat. Ci dwaj młodzieńcy nie byli żebrakami. Po prostu nie mieli pracy, a znalezienie jakiegokolwiek zajęcia graniczyło z cudem. W domu bieda aż piszczy, dzieci krzyczą chleba, no dajcie, żeby było co do ust włożyć. Wyżebrać czegokolwiek od handlarek nie można, bo one same nie mają... Na bazarze jest teraz wielu klientów. Większość kupujących przychodzi po południu. Czekają, aż mężczyźni wrócą z miasta i przyniosą parę gorszy. Lecz nie wiadomo, co za te marne pieniądze kupić. Prawie na nic nie starcza. A sprzedawcy poganiają, Rejzla wrzeszczy, przekrzykuje wszystkich. Wszędzie docierają jej słowa: „Co potrzeba, moje złotko? Naści! Wszyscy przychodzą bez forsy i chcą kupować! Mam im oddać swój towar, a sama zostać o suchym pysku?...”.

W piątek na bazarze było pełno biedoty, która przychodziła tylko żebrać. Piątek był najlepszym dniem dla żebraków, bo obowiązek religijny nakazuje, by nikogo nie zostawiać bez jadła na szabat. Dlatego nad bazarem unosiło się błagalne wołanie: „Dajcie jałmużnę, apeluję do waszych żydowskich serc, nie pozwólcie głodować całej rodzinie!”. Biedota w ogóle pewniej czuła się na tanich bazarach, żebranie odbywało się tu w sposób bardziej natarczywy. Żebracy znali biedne Żydówki, które robiły zakupy na święto. Pieniędzy miały niewiele, zachodziły w głowę, co kupić w pierwszej kolejności, a jednak ze swoich skromnych funduszy potrafiły wysupłać parę groszy dla biedoty. Wiadomo, że prędzej ulituje się biedak niż bogaty.

Byli też ludzie ubodzy, którzy nie chcieli, żeby im dawać jałmużnę. Tych spotykało się na bazarze przy Nowolipiu 35... Jeden miał harmonię, drugi fujarkę, ten umiał śpiewać, a tamten układać rymy – chcieli uczciwie zarobić na kawałek chleba.

Pewnego razu w piątek staliśmy koło ściany. Na naszych oczach rozegrała się scena, jaką można było spotkać tylko w Warszawie. W trakcie rozmowy zauważamy małego chłopca prowadzącego na bazar popularnego „Ślepego Lejzera”. Pod pachą taszczy wielką harmonię, a chłopiec niesie mały zydelek. Chłopiec prowadzi ślepca pod ścianę i sadza go na zydelku. „Ślepy Lejzer” zdejmuje czapkę z błyszczącym daszkiem i przygotowuje się do pracy.

„Ślepy Lejzer” był niski i krępy, wiek około sześćdziesięciu lat, twarz okrągła, ogolona, z bujnymi wąsami, w miejscu oczu – dwa oczodoły, włosy siwe, długie, zaczesane do tyłu, w stylu „artystowskim”. Chlubił się swoim pięknym barytonem. Wiedział, że wszyscy lubią słuchać, jak śpiewa, przygrywając sobie na harmonii. Kiedy wiedział, że ludzi jest mało, śpiewał niechętnie. Bazar przy Nowolipiu 35 był stałym miejscem jego występów i wszyscy przechodnie rzucali mu monety do czapki. Za każdym razem, kiedy przychodził grać, wytężał się, jakby chciał coś zobaczyć, kręcił głową na wszystkie strony, jakby chciał coś wypatrzeć, badał, czy wkoło niego jest mniej lub więcej ludzi. Pozostawał zamyślony przez dłuższą chwilę, by nagle westchnąć i zapytać chłopca, czy na bazarze są ludzie. Burczał pod nosem, że to sami jałmużnicy i po chwili rozciągał harmonię, wydobywając z niej pierwsze dźwięki. Jego śpiew był smutny, słychać go było na całym bazarze; raczej wypłakiwał, niż wyśpiewywał pieśń, którą sam ułożył.

„Ich bin blind gebojrn,
ch'hob kejnmol niszt gezen di welt,
ich gej szojn bald farlojrn,
och, Lejzer, sztendik der blinder held”1.

Śpiewał o tym, że go pokarało i nie wie, za jakie grzechy nie jest mu dane cieszyć się światem. Żebracy, wsłuchując się w jego pieśń, przestawali krzyczeć: „Wspomóżcie!”. Handlarki trzymały ręce złożone: jedna na sercu, druga za paskiem fartucha, i – ocierając łzę – patrzyły na „Ślepego Lejzera”. Co ciekawe: „Ślepy Lejzer” czuł na sobie te spojrzenia i dopiero wtedy pokazywał, co potrafi. „Krzykaczka” Rejzla, której gęba się nie zamykała – nawet ona milkła i ze spuszczonym wzrokiem mówiła, że „Ślepy Lejzer” ma głos taki, jakby ktoś zawodził w piwnicy.

Jednak najważniejsze jeszcze się nie zaczęło: tłumy nędzarzy dopiero się zjawią, przybędą zaraz ze wszystkich bazarów, bo Nowolipie 35 jest jak pasaż, na którym każdy nie waha się dać jałmużny. Oto człowiek mniej więcej trzydziestoletni. Stoi przy wejściu i obwiązuje sobie głowę białą ścierką. Chce w ten sposób pokazać, że jest chory: trzeba mu pomoc i dać jałmużnę. Jednak nie chce nic za darmo. Sprawi wszystkim trochę radości. Wyjmuje z torby zapisane kartki i zaczyna czytać rymowankę:

„Wajblech, hejbts on cu gebn gelt,
wet ir hobn baj ajere mener a lichtike welt,
un tomer wet ir antlojfn, wet ir niszt hobn af szabes ajncukojfn”2.

Kobietom podobały się jego rymy; stawały wokół niego i dawały spore datki. Za to starsze kobiety ustawiały się wkoło „Ślepego Lejzera” i – ocierając łzy z oczu – przysłuchiwały się jego śpiewowi, rzucały do czapki pieniądze. Lejzer nie miał powodu do narzekania. Handlarki mówiły, że przyjście Lejzera i młodzieńca ze ścierką wokół głowy przynosi bazarowi szczęście: sprzedaje się więcej i za lepszą cenę. "Do jabłek, do czerwonych!”, „Kupujcie ryby, żywe, prosto z wody!”, „Wspomóżcie na święto! Pamiętajcie, że biedak też ma duszę!” – te pokrzykiwania zlewały się ze śpiewem i grą „Ślepego Lejzera”, z rymami młodego człowieka, a jeszcze do tego wszystkiego wdzierała się dzieciarnia, łobuziaki, bo już z daleka widzieli, że nadchodzą kuglarze.

Warszawscy kuglarze, gdyby ktoś nie wiedział, stanowili odrębną grupę, która też nie pozwalała sobie na utrzymywanie się z datków. Zarabiali na życie, dostarczając ludziom rozrywki. Bazar był odpowiednim miejscem na ich występy. Zawsze mieli tam wielką publiczność. Grupa kuglarzy składała się z czterech osób. Pierwszy występował „katerinarz”. Swoją katarynkę nosił na plecach, przymocowaną wrzynającym się w kark skórzanym pasem. Na bazarze zdejmował swój „instrument” i od razu grała muzyka. Drugi był atleta, Polak, w ręce miał kolorowy ręcznik, który rozkładał na ziemi i wykonywał różne akrobacje przy akompaniamencie muzyki. Ostatni występowali: starszy Żyd i dziewczyna o ciemnej karnacji, odznaczająca się magnetycznym urokiem. W ręce miała tamburyn, który przy każdym ruchu wydawał wesołe dźwięki. Wszyscy nosili spodnie w paski. Handlarkom nie spodobało się, że dziewczyna nosi męski strój i zaczęły ją przeganiać z bazaru. „Przyłazi tu jak jakiś łachmyta”. Przy tej okazji „Rejzla Krzykaczka” dawała prawdziwy koncert. Była to kobieta przesądna i wciąż tylko krzyczała, że z powodu „żydowskiej hucpy” handel w piątek będzie nieudany, a szabat zepsuty (farszterter szabes). Kuglarze niewiele robili sobie z tych krzyków nawet wtedy, gdy grożono policją. Wiedzieli, że policja nic im nie zrobi. Muskularny Polak układał się na ręczniku, na jego wyciągnięte do góry ręce wskakiwał starszy Żyd, na którego jednym susem wskakiwała piękna dziewczyna. Tłum patrzył jak zaczarowany. „Krzykaczka” Rejzla też podziwiała, dodając jednak, że tylko czarownica potrafi tak zrobić. Tymczasem kuglarze wykonywali piramidę, a tłum klaskał.

Na tym się jednak nie kończyło. Kiedy dziewczyna swoimi drobnymi stopami stanęła na plecach Żyda, podnosiła jedną nogę, chwytała ją prawą ręką i dopiero w tej pozycji dziękowała za oklaski. Następnie zeskakiwała i robiąc w powietrzu figurę przypominającą bajgielka, lądowała na ręczniku, gdzie po wykręceniu kilku piruetów chwytała tamburyn i szła między widzów. Podczas gdy Polak z Żydem wyczyniali wygibasy, ludzie rzucali monety. Kataryniarz grał na katarynce, a papuga czysto po żydowsku krzyczała: „Wajblech, a kwitł!”. A która kobieta nie chciałaby wiedzieć, jaka ją czeka przyszłość? Nawet „Krzykaczka” Rejzla nie mogła się powstrzymać i ciągnęła losy, płacąc za nie po kilka groszy. Pewnego razu, wyciągnąwszy los, parsknęła takim śmiechem, że cały bazar zaczął śmiać się razem z nią. Na losie było napisane, że dostanie wielki spadek. „Krzykaczka” Rejzla nie umiała czytać, dlatego każdorazowo prosiła, żeby ktoś jej przekazał, co też ją jeszcze w życiu czeka.

Dzień ma się ku końcowi, piątek ustępuje miejsca Królowej Szabat. Rwetes na bazarze powoli przycicha; dzień jest jesienny, niebo pochmurne, ponure – tak jak markotne i minorowe są miny handlarek. Nikt nie chce się spóźnić na szabat. Ludzie w pośpiechu ładują towary, których nie zdołali sprzedać i z ciężkimi westchnieniami opuszczają swoje stoiska, by szybkim krokiem udać się do domu. Panny służące i niezamożne kobiety taszczą przez bazar czulent do piekarza – jedzenie na jutro. Gdzieniegdzie jednak spóźniony żebrak stoi z wyciągniętą ręką, bo może ktoś rzuci jeszcze parę groszy. Na uboczu stoi ubogi Żyd i wykrzykuje: „Drogie ciastka na miodzie, piękne jabłka, głowy cukru dla uczczenia dnia świętego!”. Lecz oto już widać na horyzoncie „Strażników Soboty” (Szomrej Szabes) i sprzedawca musi czym prędzej zabierać się razem ze swoim towarem, bo „Strażnicy Soboty” nikomu nie darują. Jeden z nich staje na środku bazaru i wykrzykuje: „Żydzi, Żydówki, idźcie do domu! Pamiętajcie, by dzień święty święcić! Będziecie za to godnie zarabiać, usłyszycie dęcie w barani róg i kiedy pojawi się Mesjasz, wyjdziecie mu naprzeciw!” Jednak „Krzykaczka” Rejzla nie może znieść żadnej niesprawiedliwości i powiada do sobotniego strażnika: „Panie ładny, w tej sukience Mesjaszowi naprzeciw nie wyjdę, a innej nie posiadam. A takiego szabatu, jaki ja mam, nie życzę najgorszemu wrogowi...”. Zaś strażnik odpowiada jej, że Mesjasz nie potrzebuje ładnych strojów, tylko tego, żeby ludzie czcili dzień święty... I wszyscy strażnicy zaczynają przeganiać ludzi z bazaru. Handlarki szybko nakrywają swoje stragany starymi workami i bazar pustoszeje. Naraz robi się cicho jak na cmentarzu, tylko gdzieś w kącie słychać, niemal już po ciemku, ciche wołanie: „Ciastka miodowe”. Może nadchodzący szabat i zbliżająca się noc zmiękczą ludzkie serca i pozwolą coś zarobić...

Jehoszua Albert, Erew szabes af dem bazar: Nowolipie 35, [w:] Dos amolike jidysze Warsze, Montreal 1966, s 60–66.

Książka dostępna pod adresem: https://archive.org/details/nybc205773
Tłumaczyła z jidysz: Anna Ciałowicz

1 (jid.) Ślepy się urodziłem, / świata na oczy nie widziałem, / sczeznę niezadługo, / ja – ślepy zawsze bohater. [↑]

2 (jid.) Kobitki, sypnijcie forsą, / a dobrze wam będzie przy mężu, / gdybyście jednak wzięły nogi za pas, / to nie starczy wam nawet na świąteczne zakupy. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 86 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575861