Na piątym piętrze w piwnicy

   U nas w Warszawie krążyło takie powiedzonko: "Na piątym piętrze w piwnicy”. To  nie żart. Sam coś takiego widziałem. W piwnicy ciemnej jak grób rodziły się dzieci i tam wychowywały.
   Którejś mroźniej niedzieli przyszedłem na obiad do domu razem z moim kolegą „Lejzo”1 (Eliezerem). Prosił mnie, żebym poszedł do niego, bo chce mi pokazać „palanta” i „klipę”, które sam zrobił. Poszedłem z nim. Bo czemu nie?... Jesteśmy przecież kolegami. A ja nigdy nie byłem u niego w domu.
   Podchodzimy do dużej kamienicy przy ulicy Dzielnej. Wchodzimy na drugie podwórze, a  następnie do parterowego domu. Kolega prosi mnie, żebym zszedł razem z nim. Schodzimy po kręconych schodach i oto jesteśmy poniżej powierzchni ziemi...
   Piwnica. Na ścianach rury kanalizacyjne. Po obu stronach – pomieszczenia piwniczne, gdzie przechowuje się drewno, węgiel, kartofle, półkoszki2 na święto Sukot i inne rupiecie. Na korytarzu pali się lampa naftowa, która daje światło tak nikłe, że idąc, trzeba trzymać się ścian i uważać, żeby nie uderzyć głową w rurę.
   Idziemy pomału korytarzem. Przy jednym z piwnicznych pomieszczeń mój kolega mówi: „Tu”. „Co tu?” – pytam wystraszony. „Tu mieszkam”.
   Otwiera drewniane drzwiczki i powiada: „Wchodź!”.
   Boję się, więc stoję.
   „Nie bój się”.
   Bierze mnie za rękę i  prowadzi do środka.
   „Chodź dalej”.
   „Gdzie mam iść? Wszędzie ciemno”.
   „Zamknij oczy i licz do dziesięciu”.
   Liczę: raz, dwa, trzy – nic nie widzę! „Licz dalej!”. Liczę – nie pomaga. „Licz do  pięćdziesięciu!”. Doliczyłem do pięćdziesięciu i zaczynam coś widzieć. Co to?
   Znajduję się w zwykłym pomieszczeniu bez okna, jedynie pod sufitem znajduje się mały lufcik, przez który – jak w więziennej celi – światło ledwo dostaje się do środka... W kącie stoi połamany kredens, a w górze zainstalowano kaganek zrobiony z kałamarza z knotem z kawałka waty.
   Myślę sobie: „Wielki Boże! Gdzie ja przyszedłem?! Czy wydostanę się stąd żywy?”.
   Niedaleko kredensu stoi żelazna kołyska, w której śpi dziecko. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, dostrzegłem mamę Lejzera, jak stała i miesiła ciasto. Widzę też piecyk „kozę” z rozgrzaną rurą. Lejzer zbliża się do rury i przytyka do niej kawałek pachnącego papieru paryskiego, który paląc się, wydziela miły zapach – na cześć gościa. Prosi mnie, bym spoczął. Podsuwa mi żelazną ławkę, której siedzisko zrobione jest z dwóch kawałków drewna: można je wkładać i wyjmować. Bierze kilka kartofli, wsadza je do piecyka, a po kilku minutach wyjmuje upieczone. Częstuje mnie.
   Prawdę powiedziawszy, brzydziłem się to jeść, lecz przypomniałem sobie, co mama mówiła o tym, że nikogo nie wolno zawstydzać. Z braku wyjścia biorę kartofla i jem go razem z łupinką. Jedząc, zamykam oczy. Dlaczego podkusiło mnie, żeby pójść z Lejzerem?... Mogłem przecież iść prosto do domu.    Zrobiło mi się ich żal: tak żyją ludzie w  Warszawie... I myślę sobie, że mógłbym się zestarzeć, nie wiedząc, że ludzie mieszkają w takich norach, gdzie człowiek nie zamknąłby nawet psa...
   A kiedy wyszedłem z tej ciemnej piwnicy, pomyślałem sobie: „Warsze szel mate”3 – dolne rejony Warszawy, a może jeszcze niżej...

Beniamin Dawidsohn, Warsze szel mate, Riszon leCijon 1971, s. 184–186.
Książka jest dostępna pod adresem: http://ia600301.us.archive.org/25/items/nybc204606/nybc204606.pdf
tłum. Anna Ciałowicz

1Lejzo – w dialekcie warszawskim forma imienia Eliezer. [↑]

2W  oryginale po polsku: „półkoszkes”. [↑]

3Warsze szel mate (hebr./jid.) – dolna (lub ziemska) Warszawa; nawiązanie do tradycji mówiącej o istnieniu „ Jeruszolaim szel mate” (ziemskiej Jerozolimy) i „Jeruszolaim szel ma'ale” (Jerozolimy niebiańskiej lub duchowej). [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 89 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3618060