Ulica Gęsia!

Ulica Gęsia to centrum handlu tekstylnego. Wsysa wyroby polskich ośrodków przemysłowych, a następnie rozprowadza je po wszystkich zakątkach kraju, a nawet poza jego granice. Na handlowym odcinku Gęsiej nie ma prawie mieszkań. Każdy skład, każda izba i piwnica to sklep wypchany od podłogi po sufit materiałami krawieckimi. W niektórych domach handlowano materiałami nawet na schodach prowadzących z jednego piętra na drugie. Na Gęsiej zawsze pełno było kupców i handlarzy, pośredników i spedytorów, fabrykantów i rzemieślników, furmanów i tragarzy.

Spotykało się tam rozmaitych ludzi – bogaczy ubijających interesy i biedaków kręcących się wokół drobnego handlu. Byli tam ludzie z wielkich miast i małych miasteczek, z Wielkopolski i Małopolski oraz wszelkiego rodzaju litwacy1– od niby-litwaków z Białegostoku po tych prawdziwych z Wilna, Baranowicz i Grodna – a każdy mówił swoim dialektem. Gęsia przypominała krajową wystawę Żydów.

Wokół ludzi, którzy zjeżdżali ze wszystkich stron, kręcili się kupcy i sprzedawcy; próbowali z każdym zagadać w jego własnym języku i dialekcie. Tak powstała specyficzna odmiana języka z ulicy Gęsiej, zwanego "genszer jidysz" – pół jidysz, pół rosyjski, a do tego trochę polskiego i garstka słów, które rozumieli tylko miejscowi kupcy.

– Żebyś mi go dobrze obsłużył – mówił kupiec do swojego sprzedawcy, gdy w sklepie zjawiał się kupiec z prowincji, którego obejmował serdecznie na powitanie. – Policz mu według "erdeha", pierwszy sort.

– Pamiętajcie tylko – upominał się później prowincjusz u sprzedawcy – wasz pracodawca to mój najlepszy przyjaciel, więc dajcie mi dobrą cenę, prawdziwe "erdeha".

Prowincjusz nie wiedział tylko, że RDH to skrót od "rajsn di hojt", czyli "obedrzeć ze skóry".

Kupiec z Gęsiej nie chce jednak z nikogo zdzierać. On akurat zadowoli się najmniejszym zarobkiem, tak że nikt nie może z nim konkurować. Chce sobie tylko zażartować. Na Gęsiej ludzie cenili sobie poczucie humoru, często trudno było powiedzieć, czy kupcowi bardziej zależy na handlu, czy na towarzyszącej mu wesołej atmosferze.

Na Gęsiej handlowano prawie okrągłą dobę. O siódmej wieczorem policja kazała zamykać sklepy. Właściciele nieraz zamykali o tej godzinie drzwi, jeśli jednak klient przyszedł później, a czasem nawet bardzo późno w nocy, wystarczyło zapukać i krzyknąć "miszelonu"2, czyli "swój". Wtedy otwierały się drzwiczki i można było kupić wszystko, czego dusza zapragnie. Bywało, że policjant dowiadywał się o tym "sezamie, otwórz się". Szedł do sklepu, zakrzyknął "miszelonu", i drzwi się otwierały. Wchodził wówczas do sklepu rozgniewany, że łamie się prawo. Wyjmował z kieszeni notatnik i coś zapisywał. Zawsze kończyło się tak samo: policjant zapowiadał, że przyjdzie jutro za dnia. Często przypominano mu wówczas, że był już z taką wizytą poprzedniego dnia, a wtedy zawstydzony usprawiedliwiał się, że zupełnie zapomniał.

W sobotę Gęsia całkiem zmieniała oblicze. Przygotowania do szabasu zaczynały się już w piątek. Wtedy nie przyjeżdżali już kupcy z prowincji, przychodzili tylko indywidualni klienci, którzy chcieli wykorzystać wolniejszy dzień by rozejrzeć się po hurtowniach i złapać jakąś okazję. Takimi klientami nie zajmował się ani właściciel, ani starszy sprzedawca. Dopuszczano do nich "młodych", czyli młodszych sprzedawców, którzy mogli wówczas wykazać się swoimi umiejętnościami. Młodzi dowodzili, że nie są gorsi od starszych i harcowali tak samo jak oni.

– Wejdź na stołek – prosili chłopa, który przyszedł kupić materiał na parę spodni. – Trzeba cię zmierzyć, żeby wiedzieć, ile materiału potrzebujesz. Chłop stawał więc na stołku, a kilku chłopaczków mierzyło go drewnianymi linijkami wzdłuż i wszerz. Innego klienta obsługiwał "głuchy" sprzedawca. Jak już ustalili w końcu jakąś cenę, klient był całkiem zachrypnięty. Dopiero przy wyjściu dowiadywał się, że na darmo krzyczał, gdyż sprzedawca słyszy tak samo dobrze jak on.

W piątki popołudniu zamykano sklepy i ruch na ulicy zupełnie ustawał. Gdyby nie tramwaj, który przecinał Gęsią, człowiek mógłby bez przeszkód leżeć sobie na środku ulicy. Nawet nie-Żydzi, którzy robili zakupy na Gęsiej, czuli, że nadchodzi wieczór szabasowy. Spieszyli się tak, jakby zaraz musieli biec na kaboles-szabes3.

W sobotę ulica była wymarła. Prawie nie widziało się przechodniów. Tramwaj zatrzymywał się na przystanku tylko na sekundę i zaraz pędził dalej, jakby wstydził się jeździ w szabas.

W niedzielę ulica przybierała specyficzny wygląd. Nie wolno było otwierać sklepów ze względu na państwowy dzień wypoczynku, kupcom jednak szkoda było odpoczywać trzeci dzień z rzędu. W niedzielę więc na drzwiach frontowych wciąż wisiały kłódki, do sklepu zaś wchodziło się tylnym wejściem od podwórza.

W niedzielę handel nie zaczynał się tak wcześnie rano jak w pozostałe dni. Mimo to kupcy i sprzedawcy pojawiali się na ulicy już o świcie. Spotykali się z innymi kupcami z Gęsiej i rozmawiali. Na chodnikach tłoczyli się tacy właśnie spacerowicze, którzy wymieniali się informacjami ze świata handlu, dyskutowali o piątkowym "Tygodniu w polityce" Iczelego4, opowiadali sobie rozmaite historie i anegdoty. Na całej ulicy rozbrzmiewał śmiech rozmawiających. Wszyscy czuli się jak jedna wielka rodzina i zagadywali do siebie głośno z jednej strony ulicy na drugą.

Kiedy coś się przydarzyło któremuś z kupców – na przykład stracił dużo pieniędzy lub spotkało go jakieś inne nieszczęście – Żydzi z Gęsiej nie pozwolili upaść towarzyszowi. Kilku kupców wychodziło wówczas w niedzielny poranek na ulicę i przeszedłszy się raz i drugi wzdłuż chodnika zebrało odpowiednią sumę. Nikt nie odmawiał, wszyscy składali hojne datki i na koniec udawało się z powrotem postawić bankruta na nogi.

W niedzielne przedpołudnia pojawiali się pierwsi klienci z prowincji, a kupcy znikali wraz z nimi w głębi sklepów. Chłopcy zostawali na zewnątrz, zakładali kłódki na drzwi i trzymali straż. Kiedy na ulicy zjawiał się policjant, podnosili alarm. Wołali "chojszech"5 i to był znak dla znajdujących się w środku kupców, żeby pogasili lampy i nie stukali w drzwi.

Wielu policjantów dobrze znało okrzyk "chojszech" i rozgniewani gonili za wyrostkami, chłopcy byli jednak bardziej zwinni i udawało im się uciec przed pościgiem. Byli też policjanci, którzy przychodzili na podwórko i nikogo nie gonili. Prosili tylko chłopców, aby przekazali swoim szefom, że owszem pojawili się dzisiejszej niedzieli, ale byli "ślepi" na wszystko dookoła i nikogo się nie czepiali.

Z kolei chłopcy kręcący się w niedzielę po podwórkach sami płatali rozmaite figle.

Kiedy w filharmonii miał się odbyć przed południem dobry koncert, którego chcieli wysłuchać, cała grupka chłopców krzyczała na raz "chojszech" – nie pukać w drzwi, póki nie damy znać, że już można otwierać. Przekazawszy to hasło, szli spokojnie na koncert. Właściciele oraz klienci, myśląc, że na podwórku kręci się policja, siedzieli cicho w zamkniętym, ciemnym sklepie, bali się nawet ruszyć. Po koncercie chłopcy wracali na posterunki i krzyczeli "Można otwierać!", uwalniając w ten sposób biednych "aresztantów".

Zdarzało się też, że do kupca z prowincji idącego w niedzielę ulicą z paczką towaru po pachą podchodził chłopak i mówił: Wujaszku, nie oglądaj się za siebie, cicho-sza. Prowincjusz, sądząc, że idzie za nim policjant, który może go zapytać, gdzie kupił w niedzielę swój towar, wchodził w bramę i bez zatrzymywania wbiegał na piąte piętro. Kiedy ów człowiek po pół godzinie wychodził wreszcie z ukrycia, chłopaki już przygotowały mieli zasadzkę. Tuż obok domu, na ziemi leżał sobie portfel z pieniędzmi. Prowincjusz rozglądał się, czy nikt nie patrzy, i rzucał się na okazję. Wtedy chłopak schowany w sąsiednim domu pociągał za sznurek przywiązany do portfela i nagle okazja zaczynała uciekać. Dopiero wtedy człowiek orientował się, że padł ofiarą wyrostków i zaczynał ciągnąć sznur z całych sił.

Rozmaite organizacje i partie także wykorzystywały niedzielny spokój. W tym czasie gdy na ulicy panowała "ciemność", ci sami psotnicy zbierali się na podwórkach, żeby wysłuchać referatów o nacjonalizmie, socjalizmie i komunizmie. Prowadzono wtedy zażarte dyskusje. Niektórzy pracownicy z ulicy Gęsiej należeli bowiem do partii i związków zawodowych, które opanowały żydowską ulicę. 1 maja na ulicy pełno było policjantów, a mimo to dochodziło do demonstracji rozmaitych legalnych i nielegalnych organizacji robotniczych.

W miejscu, gdzie Gęsia przecinała niegdyś ulicę Zamenhofa stoi pomnik upamiętniający poległych bohaterów warszawskiego getta. Pod pomnikiem pali się świeczka – ner tomid6. Płomień tej świeczki to jedyna żywa rzecz w tej martwej przestrzeni. On jeden przypomina, że kiedyś toczyło się tu życie.

Źródło: Jidisz-Warsze, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1954, s. 30-35. spacerTłum. Aleksandra Geller

1 Litwacy – Żydzi pochodzący z terenów wielkiej Litwy.

2 Miszelonu (hebr./jid.) – "jeden z nas".

2 kaboles-szabes (hebr./jid.) – uroczyste rozpoczęcie szabatu w piątkowy wieczór.

4 Mojsze Bunem Justman (Warszawa 1889 – Palestyna 1942) – dziennikarz, piszący m.in. pod pseudonimem Iczele; współpracował z największymi gazetami jidyszowymi; w latach 1910-1925 pisał dla dziennika "Der Moment" cotygodniową kolumnę "Politisze briw".

5 chojszech (hebr./jid.) – ciemność.

6 ner tomid (hebr./jid.) – wieczne światło.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 53 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3665488
UA-28053597-1