Chasydzcy Żydzi w „starej ojczyźnie”

Ojciec mój był chasydem aleksandrowskim, modlił się w sztiblu zwolenników cadyka z Aleksandrowa [Łódzkiego] przy ulicy Twardej 10 [

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
]. Przez długie lata naszym gościem przy szabatowym stole był „Josel Chadasz” z tego samego sztibla. Wtedy nie był on już taki „chadasz” – „nowy”, lecz posunięty w latach, w zielonej tradycyjnej kapocie (gehakte kapote). Tę kapotę nosił najpewniej od dnia ślubu, zzieleniała ze starości. Nosił atłasową czapeczkę (hitl) z postrzępionym daszkiem.

Przez cały tydzień „Josel Chadasz” studiował w sztiblu. My, kilku chłopców z zamożnych domów, uczyniliśmy ze sztibla – jak każe zwyczaj – stałe miejsce naszych spotkań. Kiedy tylko wchodziliśmy, reb „Josel Chadasz” nakazywał, żebyśmy zawołali reb „Joelke Maszamesa” (nadzorcę sztibla), który miał pokątny barek, gdzie można było zamówić szklaneczkę wódki z ciastkiem, kawałek ciasta – niech da mu coś na ząb w cenie 15-20 groszy. Nie odmawialiśmy reb Joslowi, podobnie jak inni, do których się zwracał. W ten sposób reb Josel zapewniał sobie pięć czy sześć przekąsek w ciągu dnia. Zdarzyło się raz, że kiedy weszliśmy do szibla, zastaliśmy reb Josla leżącego na ławce, wijącego się w boleściach. Pytam go: „Reb Josel, co panu jest?”. Odpowiada, że już nie może wytrzymać z powodu bólu brzucha. Zabrałem go od razu do naszego lekarza rodzinnego. Ten go zbadał, przepisał kilka medykamentów i powiedział, że pod żadnym pozorem nie wolno mu pić mocnych trunków, bo dla niego to trucizna. Odprowadziłem go do sztibla i wykupiłem lekarstwa. Kiedy wróciłem z apteki, powiada do mnie: „A nie zapomnij poprosić Joelka o szklaneczkę wódki i ciastko”. Pytam go: „Niby jak? Przecież lekarz zabronił panu pić”. Ten wybałusza na mnie oczy i mówi: „Pewnie myślisz, że będę słuchał tego idioty? On chce, żebym umarł z głodu. Przecież to moja jedyna przyjemność. Uznajmy, że u żadnego doktora nie byłem i nic nie wiem o jego zaleceniach”.

W tym samym aleksandrowskim sztiblu modlił się też człowiek o imieniu i nazwisku Hercel Mławer, biedny jak mysz kościelna. Zachodził do nas w sobotę rano odmówić „kidusz” nad winem. Nigdy nie umywał rytualnie rąk [przed jedzeniem chleba], bo jadał tylko ciasteczka – i to był jego cały świąteczny posiłek. I oto przychodzi do nas reb Hercel. Chcemy mu dać wina, żeby mógł – zgodnie ze swoim zwyczajem – odmówić u nas „kidusz”, a ten powiada, że musi już biec do szpitala, zaraz będą operować jego „starą”, więc chce tylko prosić mojego tatę o 100 rubli pożyczki. Ojciec mówi: „Hercel, przecież dziś jest szabat!”. Tamten odpowiada: „Sza, głupi! Chodzi o ratowanie ludzkiego życia. Dawaj pieniądze!”. Na to ojciec: „Weź kluczyk od kasy i daj mu 100 rubli”. Oczywiście, ze względu na szabat też nie chciałem tykać pieniędzy. Jak tylko otwarłem drzwiczki, reb Hercel podbiegł, w mojej obecności wyjął dziesięć banknotów dziesięciorublowych i wyszedł bez pożegnania.

Kiedy cadyk aleksandrowski przyjechał do Warszawy, żeby leczyć oczy, zatrzymał się u mojego wujka. Ciekawiło mnie, co robi taki cadyk. Zacząłem u wujka bywać częściej. Pewnego razu zobaczyłem, że do cadyka przyszedł jego wyznawca i powiada: „Rebe, mam zięcia, którego utrzymuję, żeby mógł zgłębiać naukę świętą. Zamiast tego on całymi dniami czyta świeckie książki. Na litość boską!”. Cadyk wysłuchał tego spokojnie i odpowiada: „Przyślij go zaraz do mnie!”. Za niedługo przychodzi młody człowiek, niemal jeszcze dziecko, długi jak śledź, a rebe zaczyna go strofować: „Co to ma znaczyć!? Twój teść żyły sobie wypruwa, haruje w pocie czoła, żebyś mógł studiować, a ty co – marnujesz czas na świeckie książki? Bramy piekieł stoją przed tobą otworem!”. I grozi: „Żeby mi się to więcej nie powtórzyło!”. Młodzieniec drży jak osika, a świątobliwy powiada: „ do domu. Porozmawiam z teściem, żeby nie kazał swojej córce rozwieść się z tobą. Żeby mi się więcej to nie powtórzyło!”.

Wysłuchawszy całej rozmowy, zdobyłem się na odwagę (byłem wtedy małym chłopcem) i tak powiadam do cadyka: „Kiedy rebe widzi, że czytamy zakazane książki, dlaczego nie strofuje nas w ten sposób?”. Odrzekł: „Wy czytacie na widoku publicznym, nie kryjecie się z tym i przyswajacie sobie tylko dobre rzeczy. Natomiast on czyta potajemnie i z lektury wyławia same paskudztwa1, a to, co dobre, pomija. Przecież nawet nie dotrzymuje umowy z teściem, który pracuje w pocie czoła, żeby go wyżywić”.

W domu, gdzie byliśmy lokatorami, na drugim piętrze mieszkał bogaty Żyd, chasyd ostrowiecki. Cadyk z Ostrowca [Świętokrzyskiego] był ascetą, człowiekiem słabego zdrowia. Poszcząc, całymi dniami studiował. Zwano go „Ostrowcer Ile” – od młodości słynął z mądrości i bojaźni Boga. Po całodziennym studiowaniu, pod wieczór brał łyk mleka i kęs bułki. Z wielkiego osłabienia często przysypiał i za każdym razem, kiedy się budził, prosił, by objaśniać mu sen. Kiedy cadyk ostrowiecki przyjechał do Warszawy, żeby się kurować, zatrzymał się u tego naszego sąsiada z drugiego piętra. Lekarz powiedział wtedy, że wierzy w cuda, lecz nie wie, jak cadyk utrzymuje się przy życiu. Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak cadyk po całych dniach siedzi i studiuje. Przed dwie godziny codziennie przyjmował on swoich chasydów i inne osoby. Pewnego razu przychodzi do niego Hilel Cajtlin2. Wszedł do środka, a ja stoję i podsłuchuję pod drzwiami. Z trudnością mogłem wyłowić jakieś słowo, bo rebe i jego gość rozmawiali ze sobą po cichu. Widziałem tylko, że cadyk ciągle macha ręką w jego kierunku. Kiedy się rozchodzili, Hilel Cajtlin powiedział do cadyka: „Mam tylko jedną prośbę, nich się pan modli, żebym nie umarł bez pokuty”.

W związku z cadykiem z Ostrowca wspominano jeszcze to: zgromadzeni na naradzie najważniejsi rabini przerzucali się mądrościami, które w ich rabinackich rodzinach powtarzano z pokolenia w pokolenie. „W naszym gronie jedynie cadyk z Ostrowca jest synem piekarza” – rzekł ktoś z pobłażliwym uśmiechem. Wtedy mój ojciec odparował: „A co może być lepszego nad bochenek świeżego cleba?!”.

Tacy to byli ludzie, chasydzi z wcale nie tak odległej przeszłości.

Chaim Ajzenberg, Chsidisze Jidn in der alter hejm, [w:] Warszewer Jidn, Buenos Aires 1959, s. 87–89.
Książka jest dostępna pod adresem: https://archive.org/stream/nybc214439#page/88/mode/2up
Tłum. z jidysz Anna Ciałowicz

1 W oryginale po polsku: „paskustwe”. [↑]

2 Hilel Cajtlin (Korma 1871 – Warszawa 1942) – pisarz i publicysta, piszący w jidysz i po hebrajsku, redaktor dziennika "Der Moment". [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 84 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3668426
UA-28053597-1